niedziela, 1 marca 2015

High hopes.

    Strasznie wyczekuję już lipca. Wracam do miejsca, w którym spędziłam np. całe zeszłe wakacje i to mnie motywuje. Do wszystkiego. Do dawania w szkole z siebie jak najwięcej, do bycia coraz lepszym kierowcą, do powtarzania chociażby słówek z języka obcego i innych rzeczy. Bo w końcu, jak już wspomniałam zapewne, aby zacząć coś nowego i móc się w tym całkowicie rozwinąć, oddać się temu, muszę pierw dokończyć to, co zostawię tutaj, by bałagan stąd nie doskwierał mi w bałaganieniu tam.
    Zostało mało czasu i nie ukrywam, trochę mnie to martwi. Tak już jest, gdy robisz coś spontanicznie. Spontanicznie...? Chyba mogę tym określeniem się posłużyć, bo raczej takie sprawy jak przeprowadzka do innego kraju planuje się wcześniej, niż na 5 miesięcy przed. Także troszkę plany się pozmieniały, bo sama przeprowadzka i plany odnośnie jej zostały niemalże te same, po prostu zadzieje się szybciej. O rok. 
    Mam także w planach założenie drugiego bloga, co się łączy z powyższym, gdyż miał powstać za trochę ponad rok. O kompletnie innej tematyce, mniej personalny (o wiele, wiele), prawdopodobnie w języku angielskim, gdyż chcę trafić do szerszej publiczności. Tak więc "sekret" numer dwa też odkryty. Nie no, akurat z tym drugim blogiem to serio, z nikim się nie dzieliłam z tą informacją. Zobaczymy co przyniesie czas.
    Trwam w nadziei, że to, co zaplanowałam urzeczywistni się i że nie będą temu towarzyszyć większe komplikacje. Nie nastawiam się, ani nie oczekuję wiele, godzę się z szarą rzeczywistością, tylko czasem zerkam przez różowe okulary, by osłodzić sobie oczekiwania. W ciągu najbliższych dwóch lat nie oczekuję niczego spektakularnego, dalej w przyszłość staram się nie spoglądać. I wciąż nie mogę w to uwierzyć, że coś co planowałam, o czym marzyłam przez naprawdę długie lata, niemalże od dziecka, zbliża się dużymi krokami.




sobota, 31 stycznia 2015

Reanimacja.

    Za trzy godziny będziemy mieli za sobą pierwszy miesiąc nowego roku. Niby tylko miesiąc, a już się zadziało! Mówi się "jaki Nowy Rok, taki cały rok!", a więc.. jestem zdezorientowana w tym momencie. Poprzedni był słaby, naprawdę, nienawidziłam wręcz pierwszego stycznia ubiegłego roku, a jednak rok mogę zaliczyć do najbardziej wyjątkowych. W tym roku Nowy Rok, poza kocem-gigantem, był sam w sobie całkiem udany. No i jak w tej sytuacji cokolwiek wywnioskować?
    Mniejsza, czas czerpać z życia to, co najlepsze, garściami. Łatwo się mówi, czyż nie? Bo w końcu "nowy rok - nowa ja", czyli te bzdurne postanowienia noworoczne, które miały z nas uczynić lepsze w tym roku i tak pewnie są już pozapominane, Czy je robiłam? Nie. Przestałam w to wierzyć, znam siebie. A do uczynienia postanowienia nie potrzebuję specjalnej okazji.
    Chyba straciłam wątek, znowu.
    Jak już wspomniałam, trochę już się wydarzyło, może nawet za dużo jak na jeden miesiąc, nie wiem, może po prostu nie przywykłam do tylu wrażeń, o tak różnej tematyce. Trochę dobrego mnie spotkało, aż ciepło się robi w środku jak o tym myślę. Plany, co do tego roku się zmieniły... Ja je zmieniłam. Teraz tylko trzymać kciuki, bo będzie ciężko! Trochę przykrych rzeczy, dla zachowania równowagi, też było, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. I tutaj kryje się tajemnica tytułu.
    Zacznę mniej czasu poświęcać dalekiej przyszłości i planowaniu jej, a bardziej skupię się na tym, co się dzieje teraz i przygotowaniach do najbliższych miesięcy. I będę dbać o swoje zdrowie. Najgłupsze, że nie ja sama się musiałam o tym pierwszym uświadomić.







poniedziałek, 29 grudnia 2014

Mój nowy odcień szarości.

    No to (prawie) cały rok, dwa tysiące czternasty za nami! Chyba czas na klasyczne podsumowanie tego, jakże dla mnie znaczącego roku, który był bardzo owocny i na pewno nie będzie zapomniany.
    Jak już wspomniałam, ten tok wniósł wiele do mojego życia. Zakończył się pewny etap, potem spełniłam swoje plany i marzenia, zasmakowałam upragnionego życia, by móc potem to jedynie przerwać i wrócić na chwilę to tej "szarej rzeczywistości", której odcień i tak jest inny niż dotychczas, dokończyć to, co ma być skończone i wrócić.
    Zakończony etap. Liceum dobiegło końca, matura napisana i zdana. Fenomenalna studniówka, na której było chyba tyle samo śmiechu, co i łez, jednak nie jakaś rozpacz, lecz raczej tylko wzruszenie, No i matura. Oj, wtedy się działo! Bawiło się więcej niż uczyło - oj... Choć osoby, które wtedy stały się mi bliższe już (lub prawie) pozostawiły po sobie tylko cień, to jednak echo kwietnia pozostanie miłe do rozpamiętywania. I tylko żyć w niepewności.

    Lato. Myślę, że mój zasób słów jest zbyt ubogi, by opisać jak ważnym, niesamowitym i inspirującym okresem były dla mnie wakacje. Począwszy od czerwca, kiedy to wyjechałam za granicę do miejsca, z którym od lat wiążę przyszłość. Chciałam wreszcie przekonać się jak to jest tam. Pracując, mieszkając, mając jakieś życie. W ogóle, w tym roku po raz pierwszy w życiu pracowałam (dodam, że były to pierwsze wakacje, od kiedy byłam wreszcie osiemnastką) i mogę powiedzieć, że bardzo mi się podobało! Ciężko, bo w końcu za bezczynność nie płacą, ale efekty były o wiele, wiele, wiele większe, niż oczekiwałam. I przyniosły coś więcej niż tylko pieniądze. Do tego mogłam w końcu spędzić czas ze swoją siostrą, u której mieszkałam, i to był też wielki plus tego wyjazdu, bo tak naprawdę chyba w życiu nie miałam z nią bliższego kontaktu, niż wtedy. W pracy poznałam też parę osób, dzięki którym nawet, gdy musieliśmy (nie żartuję) pracować w tych 35°C w zamkniętym pomieszczeniu, było naprawdę śmiesznie i jak już narzekaliśmy, to wspólnie. No i tam też poznałam kogoś, kto zmienił moje "nigdy" na "zawsze", "nie będę" i "nigdy w życiu" na "chcę". A to akurat wyjątkowy przypadek, bo jeszcze chyba nikomu nie udało się tego uczynić. Nie aż tak. Odpukać! Chcę moje "i żyli długo i szczęśliwie". Także spełniłam niejedno moje marzenie, niejeden plan, ale gdybym miała wszystko opisać, to by nocy nie starczyło. Jedyne co mogę dodać to to, że się nie poddałam, cierpliwie czekałam (choć byłam już ku kresu wytrzymałości) i się doczekałam najwspanialszego, o!
    Ten nowy. Moja nowa rzeczywistość o innym odcieniu szarości. Nowa szkoła, nowe miejsce, miasto, nowe wyzwania, a jednak stare plany. Szkołę mam bardzo fajną, bo robię coś, co lubię, co sprawia mi frajdę, a chyba o to chodzi, nie? Po prostu teraz wiem i czuję to, że robię w tej szkole coś, co naprawdę da jakieś efekty, a wiedza zdobyta będzie się regularnie przeplatać w moim codziennym życiu. No i wyzwania - obecnie jest to prawo jazdy! Tak, ja (!). Musiał nadejść ten moment... i nawet się cieszę na to trochę. A że są to sprawy niedokończone, to nie będę zapeszać i tylko trzymać kciuki, by było dobrze!
    I tak mi minął prawie cały rok. Dużo dobrego się wydarzyło, złych rzeczy nie rozpamiętujemy. Mogę rzec, że czuję się spełniona w stosunku to tego, co się wydarzyło i jak się potoczyło. Naprawdę doceniam to, że spełniłam swoje plany i marzenia dotyczące tego roku, choć nie do końca zupełnie pomyślnie, to i tak to już nie ma większego znaczenia. Do mojej historii wpisały się nowe osoby, itp - muszę wspomnieć, że w moim życiu pojawiła się pewna futrzana istotka, a mianowicie jest nią czarny kocurek, o imieniu Moonlight, który wypełnił moje serce po brzegi. I jedyne o czym teraz mogę marzyć, to bym mogła tak samo pięknie mówić za rok, o roku dwa tysiące piętnastym.
    Wszystkim czytającym życzę wspaniałego nowego roku, pogrążonym w smutku - uśmiechu, złamanym sercom - ukojenia, poszukiwaczom szczęścia - skarbu, zagubionym - mety, szczęśliwym - dużo słońca! Do następnego!







poniedziałek, 24 listopada 2014

Pouring rain.

    Czas pędzi. Jesień się zaczęła, za chwilę kończy. Zadziało się więcej, niż oczekiwałam. A może po prostu nie spodziewałam się ogromu wydarzeń, które miały zaistnieć w najbliższej przyszłości...? W szczególności niespodzianką okazało się chorowanie cały sezon... O, tak, cudaśnie. Prócz tego zmiany długo oczekiwane, niezbędne, niektóre nawet zadowalające. Wiele szczęścia i trochę melancholii, tak dla zachowania równowagi.
    Zima - tylko miesiąc i (jak nigdy!) wyczekiwane święta! Generalnie, śnieg, grube odzienie, te święta to kompletnie "nie moja bajka", ale w tym roku nabiera to zupełnie inny sens. Zaczyna mieć jakiś sens.
    Mimo, iż do tej pory pogoda była naprawdę sprzyjająca wychodzeniu na zewnątrz, to jakoś ostatnio słońca brakuje. Niestety, nie tylko na niebie. Tęsknię, mocno. Chcę wrócić - nie mogę. I znowu kajdanki na nadgarstkach. Ciężej jest niż zwykle - bo niestabilnie. Wszystko da się okiełznać, ale nawet jeśli zawodzą ci, na których najbardziej polegamy... to nie wiem.
    Najbardziej chciałabym wrócić do wakacji. Najlepszych na świecie! Pracowitych, ale też pełnych tego, co kocham najbardziej. Najgorzej, że nie mogę się "wyleczyć" z rytmu, jakiego tam nabrałam. Ludzie nie rozumieją i nie dowiedzą się jakie to uczucie, dopóki sami  tego nie przeżyją. I chyba uświadomiłam sobie, że bycie szczęśliwym jest karalne.










niedziela, 14 września 2014

I'm following the map that leads to you.

    Minęło wiele miesięcy, tak więc myślę, że czas już na nowy post.
    Ostatnio pisałam przed maturami, tuż przed tym chaosem, a może już w trakcie. Niby wszystko działo się zgodnie z planem...lecz mimo to zawsze towarzyszył temu bałagan. A w czym się objawiał? W niespodziewanych zwrotach akcji, spontanicznych działaniach i...nowych znajomościach. O tak, maturę mogę zaliczyć do mojego chyba najbardziej imprezowego, pijackiego okresu! Oczywiście, żartuję, choć, w sumie, jest w tym rąbek prawdy. W każdym razie, oni (nowy znajomi) swoje namieszali; było śmiesznie, świetne wypady. Może właśnie dzięki nim nie będę tak źle wspominać okresu matur. No, może poza pewnym "epizodem".
    Zaraz po napisaniu matur zabukowałam bilet lotniczy w jedną stronę, by popracować, spędzić czas z rodziną... Dużo się działo przez te trzy miesiące, więcej niż się spodziewałam, a wszystko z dużym plusem. Pierwszy miesiąc okazał się być dość trudny, bo ciężko mi było znaleźć pracę, lecz gdy już się pojawiła, to najlepsza jaką mogłam mieć! Wspaniali ludzie (oczywiście z wyjątkami, ale i tym mogłam przeboleć), pomocni i wyrozumiali. Ci, z którymi utrzymywałam/utrzymuję kontakt także poza pracą, wnieśli wiele nowych, pięknych barw do mojego życia. Niestety, wszystko ma swój czas i musi się skończyć...lub przerwać na pewien okres. Chcę podążać wg planu, bo by móc w pełni rozwinąć się w nowym miejscu, muszę pierw skończyć z poprzednim.
    Jestem już w domu, tym polskim. Nowa szkoła, inne miasto do odkrycia, nowe znajomości, którym muszę dać czas na rozwinięcie się, nowe obowiązki....Ojena, wszystko takie nowe i nieznane. Trochę przerażające, prawda? Cóż, jak napisałam wyżej, idę wg planu, bo tylko to mi pomoże zdobyć upragnione szczyty.
    Nie mogę zaprzeczyć temu, że tęsknię, że jest mi ciężej wrócić do tej rzeczywistości, codzienności, gdy tam, za granicą stworzyłam nową codzienność, taką, którą w pełni akceptuję.





niedziela, 6 kwietnia 2014

Mindfuck.

   

    Spokój myśli - tego mi teraz trzeba najbardziej. Ale jak tu zapanować nad tym chaosem w mojej głowie, gdy za miesiąc matura, a praca na ustną z polskiego nadal w planach, i jeszcze dorzucić trzeba moje skomplikowane życie osobiste, w którym zawsze zajdzie się taki "as", który będzie mi mącić w głowie? No właśnie, namąci i pójdzie w cholerę. Mniejsza o to ostatnie. 
    Chyba i mnie złapała "choroba maturzystów", o której występowaniu poinformowali nas nauczyciele już rok temu i która objawia się totalnym brakiem czasu na naukę, spowodowanym znacznie bardziej zajmującymi czynnościami, jak oglądanie ogłupiającej telewizji, wypadów na piwo ze znajomymi (alkoholowy weekend rozpoczyna się w środę, a kończy we wtorek), czy też spanie. Ale tak poważnie, czym bliżej matura, tym więcej mam na głowie, oczywiście nic związanego z nauką. Tyle się dzieje, że nawet, gdy znajdę trochę wolnego czasu, to zwyczajnie nie mam ochoty na wysiłek psychiczny, staram się wyciszyć, ale...paradoksalnie męczę się głupimi myślami, pomysłami. Potrafię się tak w nie zatracić nawet na całą dobę. Mindfuck.
    Jestem osobą otwartą na nowe znajomości. Lubię poznawać ludzi, odkrywać ich sens życia, wymieniać się poglądami, mówić z nimi, nawet o duperelach. Sprawia mi to przyjemność, gdy ktoś pyta się o moje życie (nie mam tu namyśli wścibskich pytań typu "A czemu już nie jesteś z XYZ?"), bo mimo młodego wieku myślę, że troszkę już przeżyłam, zobaczyłam, usłyszałam. Naprawdę to lubię. Wymienianie się doświadczeniami, rozmowy na przeróżne tematy to klucz do poznania. Nie tylko drugiej osoby, ale także siebie. Czemu o tym piszę? Bo poznałam niedawno, całkiem...a w zasadzie zupełnie nie przypadkiem pewną osobę. Strasznie mnie intryguje i nie rozumiałam do tej pory, dlaczego w taki sposób oddziałuje na mnie. Głównie wywołuje u mnie złość, jednak mimo tych częstych "nieporozumień" i nieporozumień nie chcę kończyć konwersacji. Choćbyśmy nie wiem, jak się kłócili. Zaczęłam ostatnio analizować swoje rozmowy z innymi, gdy np. opowiadam historyjkę komuś i domyślam się, jak ta osoba zareaguje, i faktycznie, moje przewidywania się spełnią, nawet jeśli tą osobę poznałam tego samego dnia/wieczora. A jak te moje "badania" mają się do tej niedawno poznanej osoby? Tyle, że nie potrafię przewidzieć jego reakcji. I to jest dla mnie coś całkiem nowego, bo zwykle byłam gotowa na różne zachowania, ale on mnie zawsze zaskoczy. Lubię to i nienawidzę.     


środa, 12 lutego 2014

Chaos.

    



    Jakiś czas temu pisałam o takim zjawisku, jak "bumerang". Pisałam, że pewne retrospekcje zdarzeń z przeszłości (głównie miałam tu na myśli życie miłosne), wywołane przez naszych znajomych, bądź pewne zdarzenia mogą obudzić w nas uczucia do kogoś z przeszłości. Nawet dalekiej. U osób stałych w uczuciach (oby takich jak najwięcej!) te uczucia nigdy nie umierają. One śpią, drzemią i czekają na właściwy moment. No...może nie zawsze najlepszy. I w tym tkwi mój problem.
    Za dużo rzeczy biorę do siebie. Zamiast rozwiać pewne informacje, przemyślenia, to wręcz przyciągam je do siebie, czasem nawet zamykam na klucz. Jak wiadomo, gdy człowiek jest sam, to zdarza się za dużo myśleć o pewnych sprawach. Kolejny fakt jest taki, że zbyt intensywne przemyślenia prowadzą do niemądrych wniosków, potem do sytuacji, które nie powinny mieć miejsca... No właśnie. Chcę tego uniknąć.
    W ostatnich rozmowach przyrównywałam pewne "Epizody" mojego życia do bumerangu i piłki lekarskiej. Może wydać się komiczne, ale naprawdę ma sens! Otóż bumerangiem możemy nazwać osobę, która mimo, że już "temat" między nami jest skończony, on/a nadal wraca. Niekoniecznie fizycznie, choć tego nie wykluczam, ale chociażby w formie wspomnienia i motyli, jeśli wiecie co mam na myśli. Natomiast piłka lekarska tworzy kontrast z bumerangiem. Gdy rzucimy piłką, ona nie wróci. Nawet nie za bardzo się odbije, czyli jeśli zakończymy dany związek, nie ma powrotów.
    Nakręciłam się, choć niewiele osób wie. Lepiej uniknąć konfrontacji, gdyż chyba trafiłam na fałszywy alarm. Nie chciałabym się z tym zmierzyć jeszcze raz.