poniedziałek, 24 listopada 2014

Pouring rain.

    Czas pędzi. Jesień się zaczęła, za chwilę kończy. Zadziało się więcej, niż oczekiwałam. A może po prostu nie spodziewałam się ogromu wydarzeń, które miały zaistnieć w najbliższej przyszłości...? W szczególności niespodzianką okazało się chorowanie cały sezon... O, tak, cudaśnie. Prócz tego zmiany długo oczekiwane, niezbędne, niektóre nawet zadowalające. Wiele szczęścia i trochę melancholii, tak dla zachowania równowagi.
    Zima - tylko miesiąc i (jak nigdy!) wyczekiwane święta! Generalnie, śnieg, grube odzienie, te święta to kompletnie "nie moja bajka", ale w tym roku nabiera to zupełnie inny sens. Zaczyna mieć jakiś sens.
    Mimo, iż do tej pory pogoda była naprawdę sprzyjająca wychodzeniu na zewnątrz, to jakoś ostatnio słońca brakuje. Niestety, nie tylko na niebie. Tęsknię, mocno. Chcę wrócić - nie mogę. I znowu kajdanki na nadgarstkach. Ciężej jest niż zwykle - bo niestabilnie. Wszystko da się okiełznać, ale nawet jeśli zawodzą ci, na których najbardziej polegamy... to nie wiem.
    Najbardziej chciałabym wrócić do wakacji. Najlepszych na świecie! Pracowitych, ale też pełnych tego, co kocham najbardziej. Najgorzej, że nie mogę się "wyleczyć" z rytmu, jakiego tam nabrałam. Ludzie nie rozumieją i nie dowiedzą się jakie to uczucie, dopóki sami  tego nie przeżyją. I chyba uświadomiłam sobie, że bycie szczęśliwym jest karalne.










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz