Ostatni weekend dużo mi uświadomił. Dużo się działo, trochę się piło, karty zostały odkryte, inne zasłonięte - ogólnie bardzo towarzysko. To, co kocham najbardziej, to być w takim wirze, być wciąż na bieżąco. Wolę już być oblegana przez ludzi, niż cały tydzień spędzać samotnie.
Powiedziałam, że jestem szczęśliwa. A myślałam, że długo nie będę w stanie tego wypowiedzieć, bo oczekiwania miałam zbyt wygórowane. Uzmysłowiłam sobie, że nie jest mi do szczęścia potrzebna miłość, ale mam na myśli tu taką partnerską. Przynajmniej nie teraz. Nie czas na zaloty, szukania chłopaka. A już na pewno nie będzie nim on. Miłość ogólnie jest niezbędna, by egzystować. Ostatnio dużo jej otrzymałam, równie dużo starałam się dawać. To wszystko sprawiło, że zaczęłam kwitnąć. Wewnętrznie, bo zewnętrznie jestem trupem.
Dobiłam się. Katar, ból głowy - na własne życzenie. Jednak wszystko musi się wyregulować w życiu - trochę dobrego, trochę tego niedobrego. O!
I z takim pozytywnym nastawieniem kończę drugi post w tym roku. Ściskam!

Kurcze, melanże zawsze dają do myślenia xD a tak na poważnie.. życzę Ci, żebyś osiągnęła to, co jest dla Ciebie teraz priorytetem i by zabrakło w tym poślizgów, niedociągnięć oraz jak najmniej (zawsze nieuniknionych niestety) rozczarowań i błędów. Ale prośbę mam jedną: zostań w tym wszystkim sobą ;) "kwitnienie wewnętrzne" niekoniecznie się nie uzewnętrznia, powiedziałabym wręcz, że w Twoim przypadku jest całkowicie na zewnątrz ;*
OdpowiedzUsuń